W debacie o transformacji energetycznej i odchodzeniu od paliw kopalnych często operujemy wielkimi hasłami. Mówimy o redukcji emisji, sprawiedliwej transformacji i zielonej przyszłości. Wydaje się, że zamknięcie kopalni to moment ostatecznego rozwiązania problemu: klucz w drzwiach, maszyny stop, misja zakończona. Jednak rzeczywistość, którą obserwujemy dziś w rejonie Olkusza i Bolesławia, pokazuje coś zupełnie przeciwnego. Likwidacja kopalni to proces o tak ogromnej skali i stopniu skomplikowania, że jego wielowymiarowe skutki wykraczają poza ramy standardowych modeli inżynieryjnych i są trudne do uchwycenia dla osób spoza wąskiego grona specjalistów..
Można by pomyśleć, że jako kraj mamy w tym doświadczenie. Przecież lata 90. przyniosły falę likwidacji kopalń na Dolnym Śląsku, w rejonie Wałbrzycha czy Nowej Rudy. Tamte procesy powinny być dla nas lekcją, jednak przypadek Olkusza uświadamia nam naszą naiwność. Sytuacja tutaj jest bowiem bezprecedensowa ze względu na skrajnie trudne i unikalne warunki hydrogeologiczne. Serce tego układu, kopalnia „Pomorzany”, działająca od lat 70. XX wieku, była uznawana za jedną z najbardziej zawodnionych kopalń na świecie. Aby móc wydobywać tam rudy cynku i ołowiu, systemy odwadniające musiały pompować nawet 300 metrów sześciennych wody na minutę. To tak, jakby co sześćdziesiąt sekund opróżniać ogromny basen sportowy, i to nieprzerwanie przez pół wieku.
Często ulegamy mitowi o ośmiusetletniej historii górnictwa w tym regionie, co podświadomie sugeruje nam, że środowisko miało wieki na adaptację. To błąd perspektywy. Choć srebro i ołów wydobywano tu od średniowiecza, to prawdziwa rewolucja i bezprecedensowa ingerencja w naturę nastąpiła dopiero wraz z uruchomieniem „Pomorzan” i nowoczesnego przemysłu. To ostatnie kilkadziesiąt lat agresywnej eksploatacji odpowiada za ponad 90 procent obecnego stanu środowiska. To wtedy stworzono gigantyczny lej depresji, obejmujący obszar blisko 400 kilometrów kwadratowych, trwale zmieniając mapę wodną regionu.
Przez dziesięciolecia cały rejon Olkusza i Bolesławia funkcjonował w stanie wymuszonego odwadniania. Pod stopami mieszkańców, w miejscu, gdzie naturalnie powinna znajdować się woda, ziała pustka. W tym nienaturalnym spokoju budowano domy, kładziono rury i projektowano drogi. Rzeki, takie jak Sztoła czy Biała Przemsza, stały się pacjentami podłączonymi do kopalnianej aparatury – ich nurt podtrzymywany był sztucznie przez wodę wypompowywaną z wyrobisk. Ekosystemy, które dziś nazywamy naturalnymi, w rzeczywistości zostały całkowicie uzależnione od technologii.
Kiedy w latach 2021- 2022 ostatecznie wyłączono pompy, ten skomplikowany, sztuczny układ krwionośny przestał bić. Woda przestała płynąć do koryt rzecznych i zaczęła gwałtownie wracać do górotworu. W oficjalnych komunikatach często słyszymy o „przywracaniu naturalnych stosunków wodnych”. To sformułowanie brzmi kojąco, wręcz ekologicznie, ale w tym kontekście jest głębokim nadużyciem. Nie można wrócić do natury w miejscu, gdzie struktura ziemi została nieodwracalnie zmieniona przez tysiące kilometrów korytarzy i pustek. Woda nie wraca do stanu sprzed wieków; ona wlewa się w nową, pofragmentowaną przestrzeń, szukając sobie nowych, często niszczycielskich dróg.
Największym zaskoczeniem okazało się tempo tych zmian. Dominujące przez lata modele hydrogeologiczne, opracowywane przez czołowe zespoły eksperckie na potrzeby planów likwidacji, sugerowały, że proces odbudowy poziomu wód będzie trwał dekadami – szacunki mówiły o 40, a nawet 60 latach do pełnej stabilizacji systemu. Tak odległy horyzont czasowy dawał złudne poczucie bezpieczeństwa i czas na przygotowania, jednak rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te założenia. Woda wraca znacznie szybciej i bardziej gwałtownie, niż przewidywały oficjalne dokumenty planistyczne. To, co miało być rozłożoną na pokolenia ewolucją krajobrazu, stało się problemem „tu i teraz”. Dziś mieszkańcy Bolesławia, zamiast zapowiadanego „Pojezierza Olkuskiego”, widzą wodę wdzierającą się do piwnic i żyją w cieniu zagrożenia dla konstrukcji swoich domów. Ziemia pod wpływem gwałtownego naporu wód zaczyna pracować, tworząc nieprzewidywalne zapadliska i deformacje, które stają się codziennością regionu.”
Ta dyskusja jest absolutnie kluczowa w kontekście nadchodzących decyzji o likwidacji kolejnych gigantów wydobywczych w Polsce. Musimy patrzeć na Olkusz i widzieć w nim lustro dla innych regionów, zwłaszcza Górnego Śląska. Przykładem może być kopalnia Piast w Bieruniu – jeden z najbardziej zawodnionych zakładów węgla kamiennego, który pompują średnio od 60 do 90 metrów sześciennych wody na minutę. Co stanie się z hydrologią powiatu bieruńsko-lędzińskiego czy doliny Wisły, gdy tamtejsze pompy zostaną zatrzymane?
Na Śląsku struktura górotworu jest inna niż w Olkuszu, ale zagrożenie zapadliskami i deformacjami terenu jest równie poważne. Po zakończeniu eksploatacji i zaprzestaniu odwadniania, górotwór musi „ułożyć się” na nowo w obecności powracającej wody. To proces, który może trwać dekady i nieść ze sobą ryzyko dla gęsto zabudowanych obszarów aglomeracji. Transformacja Śląska będzie wymagała znacznie bardziej precyzyjnych działań niż proste zamknięcie zakładów.
Dla nas, jako Fundacji Carbon Footprint, przykład Olkusza jest bolesną lekcją pokory. Edukacja klimatyczna musi obejmować nie tylko to, jak zamykać stare systemy, ale przede wszystkim jak zarządzać ich dziedzictwem. Transformacja energetyczna nie może być procesem czysto technicznym. Musi być procesem społecznym, opartym na uczciwej rozmowie o ryzyku, bo na końcu każdego modelu naukowego stoi człowiek, który boi się o swój dach nad głową. Musimy zrozumieć, że odchodzenie od paliw kopalnych to wieloletnia odpowiedzialność za stabilność gruntu pod nogami tysięcy ludzi. Przypadek Olkusza pokazuje, że środowisko nie wybacza dróg na skróty, a natura zawsze upomni się o swoje – często w sposób, którego nie potrafimy do końca przewidzieć.
Źródło:
Skutki wygaszania górnictwa w rejonie Olkusza – ukierunkowany przegląd literatury
Autorka tekstu: Marta A. Seweryn
Research: Nikola Rystwej, Anna Pawełek, Martyna Zaucha