Przekroczenie bariery 30% z OZE w Polsce w 2025 roku to kamień milowy. Wyobraź sobie, że jeszcze nie tak dawno temu polska energetyka węglem stała i nikt nie wyobrażał sobie innego scenariusza. Doczekaliśmy się czasów, gdy przez pięć miesięcy roku łączny udział węgla kamiennego i brunatnego w produkcji prądu spadł poniżej połowy! Mało tego, w czerwcu 2025 roku doszło do sytuacji, że źródła odnawialne po prostu przeskoczyły tradycyjne elektrownie i w ciągu jednego miesiąca wyprodukowały więcej energii niż węgiel (1). Niestety sama ekscytacja słońcem i wiatrem jednak nie wystarczy. Zielona energia ma jedną poważną wadę – bywa kapryśna. Tutaj na scenę wchodzą zwolennicy atomu, którzy jak mantrę powtarzają, że energetyka jądrowa to nie tylko brak emisji, ale przede wszystkim święty spokój dla operatorów sieci. Kiedy nie wieje i nie świeci, to stabilne źródło energii może gwarantować, że w gniazdkach nie zabraknie prądu. Spójrzmy prawdzie w oczy: żadnemu rozwiniętemu krajowi nie udało się przeprowadzić pełnej dekarbonizacji wyłącznie za pomocą OZE.
Co więcej, liczne analizy i raporty międzynarodowych instytucji czy firm energetycznych jednoznacznie wskazują, że osiągnięcie celów klimatycznych bez udziału elektrowni jądrowych będzie niezwykle trudne lub wręcz niemożliwe. Jako opłacalne i czyste źródło, „atom” może stanowić bezpieczną podstawę systemu energetycznego, zastępując w tej roli węgiel i gaz. Najlepsze rezultaty przynosi jednak tworzenie systemów hybrydowych, czyli łączenie energii jądrowej ze słońcem i wiatrem, wykorzystywanie jej do produkcji wodoru lub integrowanie z magazynami ciepła (2). Ale o tym wszystkim słyszeliśmy i niewiele zrobiliśmy. Dlatego może troszkę inaczej, przytoczę anegdotę, którą usłyszałem od pani, która jest swego rodzaju „ciocią”, a może nawet matką chrzestną kilkunastu tysięcy absolwentów. To pani z dziekanatu, która studentami zajmuje się praktycznie przez całe swoje życie zawodowe.
Prawdopodobnie nie jest to jednak pani z dziekanatu, o jakiej zwykle się słyszy. Często z góry zakładamy, że panie w dziekanacie są niemiłe, a załatwienie tam jakiejkolwiek sprawy to prawdziwa droga przez mękę. Oczywiście są wydziały, na których wizyta w dziekanacie bywa po prostu złem koniecznym.
Tutaj jest jednak zupełnie inaczej. Mamy do czynienia z najlepszym dziekanatem na świecie (i mówię to całkowicie obiektywnie – jest po prostu świetnie!). Zamiast niechęci i urzędniczego dystansu można liczyć na pomoc, życzliwość i ogromne zaangażowanie.
No, ale co nawet najlepszy dziekanat i pani z dziekanatu mają wspólnego z atomem? Otóż…
5 lat temu na wydział przyszedł student i usłyszał, że już niedługo będzie mógł pracować w sektorze energetyki jądrowej. Ucieszył się, bo to ekologiczna technologia – pomyślał, że akurat skończy studia i od razu znajdzie pracę przy polskim atomie.
10 lat temu inny student usłyszał dokładnie to samo. Elektrownia miała powstać, a wraz z nią miały pojawić się nowe miejsca pracy dla specjalistów.
15 lat temu kolejny raz słyszał już o zaawansowanych planach budowy. Podobno pierwsza łopata miała zostać wbita lada chwila – tak przynajmniej zapewniali politycy.
40 lat temu student bardziej obawiał się promieniowania niż kariery w atomie. Ale 41 lat temu było zupełnie inaczej. Wtedy słyszał, że w centrum Krakowa, naprzeciwko stadionu Wisły, stanie reaktor, przy którym będzie mógł prowadzić badania, zdobywać doświadczenie i stać się wysoko wykwalifikowanym specjalistą.
A 45 lat temu jeszcze inny student słyszał, że Polska wreszcie dołączy do grona państw posiadających własny reaktor jądrowy. W końcu wszyscy wokół go mają, więc dlaczego my mielibyśmy być wyjątkiem?
Pani z dziekanatu spotkała tych wszystkich studentów. Powiedziała mi: kolejne pokolenia studentów czekały, czekają i pewnie jeszcze długo będą czekać. Pani z dziekanatu wprawdzie nie ma na imię Tomasz, ale podsumowała to krótko: uwierzy, jak zobaczy. W przypadku polskiego atomu cały czas mówimy o „błogosławionych, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. (3).
Wiele osób nie ma pojęcia, że w Polsce pierwszy reaktor jądrowy – EWA – został uruchomiony w Świerku już w 1958 roku, a nasza rodzima technologia rozwijała się dynamicznie aż do tragicznego roku 1986 i katastrofy w Czarnobylu (4).
Wspomniany wcześniej krakowski reaktor, czyli WANDA (Wodny, Akademicki, Naukowy, Dydaktyczny, Aplikacyjny), miał być młodszą siostrą działającego do dziś reaktora MARIA. Ta naukowa jednostka miała stanąć nad Wisłą, dokładnie w miejscu, gdzie kilka lat temu oddano do użytku przepiękny, nowoczesny budynek wydziału Fizyki i Informatyki AGH. Uczelnia miała już gotowe plany, a nawet pręty paliwowe (które ostatecznie zużyła MARIA w Świerku), projekt pogrzebał strach (5). Po „Czarnobylu” ludzie po prostu przeraźliwie bali się atomu w centrum dużego miasta.
Oczywiście WANDA nie zapewniłaby nam niezależności energetycznej – jej moc (100 kW) wystarczyłaby zaledwie do naładowania elektrycznego samochodu. Miał to być jednak reaktor szkolno-treningowy, który wykształciłby całe rzesze specjalistów gotowych do obsługi prawdziwych elektrowni. Zamiast tego z artykułów zza naszej wschodniej granicy możemy dziś wyczytać smutną prawdę: brakuje nam nie tylko własnych zdolności technologicznych do budowy takich obiektów, ale sam wybór zagranicznego partnera jest zakładnikiem bieżącej sytuacji geopolitycznej (6).
Brutalnie mówiąc – dekady temu sami się wykastrowaliśmy naukowo i pozbawiliśmy atomowej przyszłości. Dziś, gdy mija kolejna dekada, magiczny sen o polskim atomie znowu powraca do debaty publicznej. Tym razem sytuacja wygląda jednak inaczej niż 10, 20 czy 30 lat temu. Społeczne nastawienie do energetyki jądrowej jest zdecydowanie bardziej przychylne, rozwijają się technologie małych reaktorów modułowych (SMR), pojawiają się konkretne projekty, wskazane lokalizacje i realne decyzje inwestycyjne.
Oczywiście nie ma żadnej gwarancji, że wszystkie te plany zostaną zrealizowane dokładnie tak, jak są dziś przedstawiane. Historia polskiego atomu uczy pokory wobec ambitnych zapowiedzi. Niezależnie jednak od tego, czy pierwsza elektrownia powstanie szybciej, czy wolniej, już dziś potrzebujemy czegoś więcej niż pieniędzy i politycznej determinacji. Potrzebujemy ludzi – inżynierów, fizyków, operatorów i całego zaplecza naukowego, które będzie ten sektor tworzyć, rozwijać i utrzymywać przez kolejne dziesięciolecia.
Pozostaje więc mieć nadzieję, że tym razem nadzieja nie okaże się matką kolejnych rozczarowań, lecz matką mądrych decyzji.
PS
Pani z dziekanatu istnieje naprawdę, to żywa legenda WFiIS AGH.
Bibliografia
(1) Forum Energii. Energetyczny wrapped 2025: Podsumowanie roku w polskiej energetyce. Dostęp: 31 maja 2026. https://www.forum-energii.eu/2025_wrapped
(2) Bohdanowicz, Z., Łopaciuk-Gonczaryk, B., Gajda, P., Rajewski, A. Support for nuclear power and proenvironmental attitudes: The cases of Germany and Poland. Energy Policy, 177, 113578, 2023.
(3) Dziekanat WFiIS AGH. Informacja ustna / Dane wewnętrzne Wydziału Fizyki i Informatyki Stosowanej AGH. 2026.
(4) Fornalski, K. W. Reaktory jądrowe w Polsce. Energia dla Przemysłu, 3–4, 16–19, 2011.
(5) Archiwum AGH. Materiały archiwalne Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie.
(6) Zhukovsky, I. I. Political and strategic factors and risks of implementing the nuclear power program in Poland. Baltic Region, 17(3), 2025.
Autor tekstu: mgr inż. Michał Kud